Delhi

Pierwsze koty za płoty jeśli chodzi o jazdę pociągiem bez miejscówki. Nie jestem zresztą sam, w moim ośmioosobowym przedziale jedzie w porywach do 14 ludzi. Przychodzi konduktor i się pyta, które mam miejsce, mówię, że bure, że jestem na waitliście. Przegląda palcem spis pasażerów i znowu pyta które mam miejsce. A ja znowu odpowiadam, że bure, że jestem na waitliście. Zaczynam się zastanawiać czy jak trzeci raz się to powtórzy to czy jakiś kur zapieje czy coś, ale już teraz tylko powiedział “aha”, spisał numer biletu i więcej się nie czepiał.

A w Delhi standardowo już czwartkowe qawwali w Nizamuddin Dargah i pierwszy dobry posiłek od przyjazdu. W Nagaur przez kompletnie zatkany nos nie docierało do mnie nic poza zapachem badziewnego północnoindyjskiego ulicznego żarcia odbierającym chęć na włożenie czegokolwiek do gęby. Rezygnacja z pierwotnego planu przebimbania dwóch miesięcy w tym regionie to jeden z moich najgenialniejszy pomysłów.

R.I.P. Hotel Hindustan, taki fajny kiedyś był i tani jak na taką fajność a teraz mocno podrożał. Został Sunny Lodge, ostatnia dobra miejscówa na dzielni.

Tagged , ,

Comments are closed.