Moreh

Zasypiam wcześnie i wcześnie się budzę, chwilę po 6ej. Wali trochę lodem, ale da się przeżyć. Na śniadanie mam jeszcze trochę bananów z bazarku w Imphalu, wcinam i idę na poszukiwania busa do Moreh. Znajduję dosyć szybko, niestety cena cały czas wynosi 300 rupii – już nie za 100km ale za niecałe 70. Rikszarz coś mówi, że „palel”, jadę więc do Pallel rikszą za dyszkę, choć bez większych nadziei na coś taniego. Ale jest lepiej, po spisaniu danych przez lekko zdezorientowanych strażników pogranicza trafia mi się van za jedyne 200 rupii. Van jest pusty, więc siedzę sobie wygodnie na tylnym siedzeniu i podziwiam widoczki w drodze do mitycznego miejsca, gdzie Manipur łączy się z Birmą.

Najfajniesze są parę km za Pallel we wsi Thamlapokpi i 20-30km dalej w Tengnoupal na szczycie góry gdzie stacjonuje 24 pułk strzelców assamskich. Widoczki działają relaksacyjnie, bo oczywiście wszyscy wokól już zdążyli natrąbić jakie to niebezpieczne i niestabilne miejsce. Ale jak zwykle w podobnych sytuacjach trochę przesadzają. Po Tengnoupalu jest jeszcze kilka kolejnych policyjnych checkpostów i dojeżdżam do Moreh.

Moreh to dziura jak można się było spodziewać. Odbijam w bok, dochodzę do jakiegoś kościółka, gdzie młodzież ćwiczy jakieś piosenki, a potem jeszcze dalej przez jakąś wiochę. Trafiam na mecz piłki nożnej we wioskowym przedszkolu i po kilku zdjęciach dołączam do gry trafiając podwakroć w bramkarkę drużyny przeciwnej. Niestety broni oba strzały. Dalej znowu jest kościół, akurat kończy się msza a jakiś proboszcz czy inny kościelny zaprasza do środka. Ludzie się odwracają, pastor przerywa swoją przemowę ale kościelny mówi „jedziesz pan dalej” i msza trwa jeszcze minutę po czym ludzie wychodzą. A ja razem z jakimś innym kościelnym idę do „chief house”, czyli domu lokalnego władcy plemienia Kuki. Bo tu we wiosce są same Kuki. Szefa chyba nie ma. Za to jest wąż. W jakimś sąsiednim domu. Wszyscy biegną go unieszkodliwić. A po powrocie udaję się z kościelnym do samej granicy, gdzie 3 lata temu rozpoczęto budowę płotu pomiędzy Indiami i Birmą. Płot wygląda na ciężki do przejścia, ale kawałek dalej jest otwarta na oścież brama. I można sobie przejść, o ile żaden pogranicznik nie wyskoczy z kałachem. Nie ryzykuję, idziemy dalej do wioski, gdzie poza tubylcami mieszkają lub dopiero sobie budują domek budowniczowie kolejnej części płotu. We wiosce się kończy i znowu można sobie przeskoczyć na drugą stronę.

Wracam do miasta, do oficjalnego przejścia. Pogranicznik po stronie indyjskiej mówi, że nie ma szans wpaść na birmański bazarek. Oj, jaka szkoda, może jednak? No może jednak tak, ogląda wizę i puszcza dalej nie wbijając nic do paszportu. Trochę zdezorientowany, że tak łatwo mi poszło, idę w kierunku Birmy, już dochodzę do zamyślonego birmańskiego żołnierza, który w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, mijam go i w tym momencie wołają mnie Manipurczy siedzący na ziemi niczyjej. I mówią, że dalej mnie nie puszczą. Tutaj dyskusja już jest trochę dłuższa i kończy się skierowaniem do indyjskiego posterunku policji. Niestety wcale nie po to, żeby zdobyć jakiś oficjalny permit. W zasadzie to w ogóle nie wiem po co. Policjant, z który idę, mówi, że nie jestem pierwszym foreignersem, który próbował. Robi ksero paszportu i idziemy łapać vana do Kakching, bo już robi się pierwsza a ponoć o 2ej zamykają drogę i nie będzie można się wydostać.

Pyta pierwszego kierowcę o cenę, ten wyskakuje z 500 rupiami za co zostaje przez policjanta zbluzgany. Ale ceny nie spuszcza. Następny chce 400. I nie pozostaje mi nic innego jak się zgodzić, bo jakiekolwiek próby negocjacji nawet z pomocą policjanta kończą się na niczym.

Tagged , , , , , ,

Comments are closed.