Lungbun

Przy okazji okazuje się, że Zizi (pani manager w hotelu) jest spowinowacona z Esther, a konkretnie jest córką wujka matki żony wujka Esther. To samo dotyczy Josepha.

Jedziemy. I to szybko. Zakładałem, że pojedziemy jutro i że zdążę porezerwować bilety, kupić może jakiś mały ślubny upominek czy coś ale niestety nie da rady. Pędzę do hotelu się wymeldować, zapłacić za 8 spędzonych tu nocy i wracam z drugim plecakiem do domu Esther. Ona dojedzie jutro a dzisiaj jedzie pan młody, świadek z żoną, emerytowany pastor, ja i jeszcze parę innych osób. Po drodze zatrzymujemy się w Lungzarhtum (jakieś 10km za Saihą) na fotki z punktu widokowego (fotki w poprzednim odcinku).

Lungbun jest 3km od Birmy, chyba wszyscy tutaj stamtąd pochodzą, jedni przyjechali 100 lat temu, inni 50, inni już się tutaj urodzili. Na granicy jest rzeka, niebawem przyjadą ministry otworzyć nowy tymczasowy most.

W Lungbun (lokalna nazwa Lobo) robimy przechadzkę po wiosce, jemy jelita i wbijamy do domku na nocleg. Wiocha fajnie położona w górach z ładnym widoczkiem, niewielka, ponoć ok. 150 domów, ale jest regularne sumo kursujące do Saihy i z powrotem.

Budzę się koło 6-ej. Zimno jak na syberii, na szczęście w domku może się ogrzać przy ognisku, przy którym pan gospodarz nauczyciel skubie małego ptaka, którego zabił dzisiaj rano kamieniem. Nie zna angielskiej nazwy, ale coś podobnego do gołębia. Będzie na śniadanie. Samuel opowiada historyjkę:

- Hindusi wierzą w reinkarnację. Niektórzy po śmierci ponownie dostaną ludzkie ciała, niektórzy zostaną zwierzętami, niektórzy ptakami. Jeśli tobie przytrafi się zostać ptakiem to pod żadnym pozorem nie leć do Mizoramu.

Samuel przywiózł posag. W Indiach to strona panny młodej musi coś sprezentować, ale tutaj jest to rola pana młodego. Posag to kilkanaście wielkich garów do gotowania, biżuteria i ubrania. Zabijemy też kilka zwierzątek – 4 świnie, bufallo, kuraki itp., tak aby każdy we wiosce (oraz goście z dwóch sąsiednich dziur) mogli się najeść. Posag jest tak duży jak zażąda rodzina panny młodej.

Z rańca idziemy z jakimiś lokalnymi do stawu nad rzeką łowić ryby. Średnio idzie, łapiemy 12 niewielkich sztuk. Po przyjeździe Esther wpadamy tam jeszcze raz już tylko na krótką posiadówę a potem łazimy po domach na herbatkę.

Dzisiejsza główna impreza to uroczyste wręczenie posagu. Po jakichś pogaduszkach w domu wujka Samuela bierzemy gary i zanosimy do domu Racheli, gdzie obie strony wygłaszają swoje przemowy a rodzina panny młodej odmierza ręcznie wymiary garów czy przypadkiem nie są mniejsze niż zakładali. Państwa młodych nie ma, ćwiczą na jutrzejszy ślub, więc wracamy na 50-tą dzisiaj herbatkę do domu wujka Samuela i idziemy spać.

Bierzemy bawoła, idziemy w miejsce odosobnienia, cios siekierą w potylicę i kroimy denata na kawałki. Kawałki wrzucamy na wózek, wózek jedzie do centrum a tam następuje obróbka. W międzyczasie pod nóż poszły też świnki, które właśnie się smażą na ruszcie.

O 11-ej idziemy do kościoła. Pan proboszcz prosi rodzinę panny młodej, żeby wstała i się pokazała, to samo dotyczy rodziny pana młodego, a potem jeszcze ja się muszę ujawnić. Msza jak msza, śpiewy modlitwy, przysięga małżeńska itp. Potem klasyczna kolejka z gratulacjami przed kościołem i idziemy na kolejną imprę w szkółce niedzielnej. Państwo młodzi dostają prezenty, śpiewamy piosenki, a na końcu podziękowania czy coś, znowu mi się dostaje.

- Jest z nami pan Dżek z Polski, panie Dżeku proszę wstać.

Wstaję.

- Dziękuję, możesz pan usiąść.

Siadam.

A po imprezie idziemy na wyżerę. Dla wieśniaków żarcie serwują w centrum wioski, my jemy w domu panny młodej. Jelita z ryżem itp.

Niby już po ślubie, ale tradycja mówi, że rodzina panny młodej musi jeszcze wyrazić swoją opinię na temat posagu. Jak coś jest nie tak to anulujemy imprezę. A jak ok to panna młoda będzie mogła wejść do pokoju. No więc znowu zbiórka w domu wujka Samuela, przemowy, pogaduszki itp. Wizualnie nic ciekawego. Za to Samuel rozdaje prezenty, ja dostaję kopertę z tysiakiem.

W lokalnej wioskowej tv puszczają właśnie transmisję ze ślubu. Próbuję się uwiecznić na zdjęciu telewizora, niestety w międzyczasie Esther wyciąga mnie, żeby pojechał z chłopakami do pobliskiego army camp, gdzie stacjonuje 28 pułk strzelców assamskich w celu nabycia procentów. Jadę nie tylko w celach towarzyskich ale również jako tłumacz z hindi na ludzki bo chłopaki nie znają. Z hindi idzie mi dobrze, gorzej z procentami.

- Będziemy mieć coś w następnym tygodniu – mówi pan w mundurze. Nawet się nie spytał co ja tu robię, nie chciał paszportu, nie zaaresztował… Nudy.

Paru tutejszych wygląda jakby wiedziało gdzie można coś załatwić, ale nikt nie chce nam powiedzieć. Wysyłamy jednego ochotnika na wycieczkę do sąsiedniej wioski. Tam też nic nie ma, jest dopiero kawałek dalej w wiosce o wdzięcznej nazwie „10 kilometrów”. Rozpijamy flachy z etykietą a la Jabłuszko S. ukrywając się przed religijną rodziną pastora w samochodzie.

Szuka mnie gospodarz domu, w którym mieszkam, więc dyskretnie wydobywam się z samochodu i idę spać. Jutro z samego rańca ruszamy do Aizawl z bratem Samuela.

Żartowalem. Zmiana planów – zostajemy jeszcze trochę, bo wujek Samuela nalega. Rodzina spotyka się bardzo rzadko w tak dużym gronie, wujtek jest stary, inni jeszcze starsi, może to ostatnia okazja. Jedziemy najpierw odwiezić jakieś groby. Na pierwszy ogień idzie grób dziadka Samuela gdzieś w lesie. Dziadek swego czasu dostąpił objawienia. Niepiśmiennym był, a wszystko co opowiedział było zgodne z biblią. Doznał on też później drugiego objawienia. Niepiśmiennym był, a wszystko co opowiedział było zgodne z biblią. Zjechali się panowie ze wszystkich stron świata aby potwierdzić co rzekł. W końcu doznał trzeciego objawienia co trwało 3 dni i 3 noce. A wszystko co powiedział było zgodne z biblią. Rzekł on też:

- Oto dzisiaj umrę.

Po czym wyprawił ucztę dla wszystkich, a gdy nadszedł czas powziął i umarł. A był to rok 1942.

Modlitwa w kółeczku i idziemy na kolejne groby. Po czym Samuel z żoną wraca do wiochy i ja z młodymi i niektórymi starymi jedziemy nad dużą rzekę Kolodyne na granicy z Birmą. Tam bierzemy krótką kąpiel przy nowym mostku, który okazuje się być skromniejszy niż się spodziewałem.

Wracając mijamy się z flotą samochodów pana ministra z Mizoramu, który właśnie jedzie do Birmy, żeby następnego dnia uroczyście otworzyć nowy szlak handlowy.

Ojciec Esther jest niezbyt zadowolony z faktu, że się mimowolnie oddaliliśmy zamiast uczestniczyć w rodzinnych modłach. Przegapiamy też jak Racheli gra na skrzypcach.

Koniec imprezy.

Wesołych.

Pierwszy zestaw zdjęć.

Tagged , , , , , ,

Comments are closed.